Copy of „Nie boimy się. Naszą działalność uważamy za konieczną i jesteśmy z niej dumne”. Ordo Iuris skarży Aborcyjny Dream Team

Oświadczenie grupy Aborcyjny Dream Team On Tour

Od kilku dni obserwujemy próby zastraszenia nas i powstrzymania naszej działalności. Przejawem tych prób jest na przykład zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożone przez Instytut Ordo Iuris, czyli grupę fanatycznych przeciwników aborcji, odpowiedzialnych między innymi za projekt “Stop aborcji” z 2016 roku.

fot. Agata Kubis

Zawiadomienie dotyczy publikacji na naszej stronie na facebooku, w którym opisywałyśmy, w jaki sposób można przygotować się do aborcji farmakologicznej w domu. Była ona związana z tym, o czym mówimy od dawna – aborcje w domu się dzieją, codziennie dziesiątki osób przerywa ciążę tabletkami. My mamy wiedzę na temat tego, jak robić to bezpiecznie i uważamy za swój obowiązek dzielenie się tą wiedzą. Wmawianie nam i opinii publicznej, że jest to przestępstwo “pomagania kobiecie ciężarnej w przerwaniu ciąży wbrew przepisom ustawy” jest absurdalne. Wiemy jednak doskonale, skąd się bierze.

Zakaz aborcji, w tym zagrożenie odpowiedzialnością karną, mają na celu zastraszenie wszystkich osób, które mogą towarzyszyć kobiecie w doświadczeniu przerwania ciąży i sprawienie, że zostanie w tym doświadczeniu sama. Dlatego od 25 lat wmawia się nam, że mamy milczeć o swoich doświadczeniach aborcji własnej i wspierania innych osób. Przepisy te i ich absurdalne rozumienie mają też na celu powstrzymanie nas przed działalnością, która mówi o rzeczywistości i powszechności aborcji.

My i wiele innych osób z doświadczeniem aborcji mamy dosyć tego zastraszania. Mamy wiedzę na temat tego, jak skonstruowana jest ustawa z 1993 i towarzyszące jej przepisy kodeksu karnego w zakresie nielegalnego “pomocnictwa” w aborcji. Wymienione w publikacji Ordo Iuris przykłady “najczęstszych” nielegalnych zachowań to wyłącznie interpretacja i opinia tej grupy. Doskonale wiemy, że działania Ordo Iuris i innych grup mają na celu zastraszenie i powstrzymanie nas i innych osób przed mówieniem o tym, jak wygląda aborcja. Tym oświadczeniem mówimy wyraźnie: nie boimy się, nie przestaniemy tego robić. Naszą działalność uważamy za konieczną, jest ona naszym moralnym obowiązkiem. Jesteśmy z niej dumne. I dlatego też tym oświadczeniem identyfikujemy się jako użytkowniczki portalu Facebook prowadzące stronę “Aborcyjny Dream Team on tour”.

Natalia Broniarczyk
Karolina Więckiewicz
Justyna Wydrzyńska

Copy of „Nie boimy się. Naszą działalność uważamy za konieczną i jesteśmy z niej dumne”. Ordo Iuris skarży Aborcyjny Dream Team

Oświadczenie grupy Aborcyjny Dream Team On Tour

Od kilku dni obserwujemy próby zastraszenia nas i powstrzymania naszej działalności. Przejawem tych prób jest na przykład zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożone przez Instytut Ordo Iuris, czyli grupę fanatycznych przeciwników aborcji, odpowiedzialnych między innymi za projekt “Stop aborcji” z 2016 roku.

fot. Agata Kubis

Zawiadomienie dotyczy publikacji na naszej stronie na facebooku, w którym opisywałyśmy, w jaki sposób można przygotować się do aborcji farmakologicznej w domu. Była ona związana z tym, o czym mówimy od dawna – aborcje w domu się dzieją, codziennie dziesiątki osób przerywa ciążę tabletkami. My mamy wiedzę na temat tego, jak robić to bezpiecznie i uważamy za swój obowiązek dzielenie się tą wiedzą. Wmawianie nam i opinii publicznej, że jest to przestępstwo “pomagania kobiecie ciężarnej w przerwaniu ciąży wbrew przepisom ustawy” jest absurdalne. Wiemy jednak doskonale, skąd się bierze.

Zakaz aborcji, w tym zagrożenie odpowiedzialnością karną, mają na celu zastraszenie wszystkich osób, które mogą towarzyszyć kobiecie w doświadczeniu przerwania ciąży i sprawienie, że zostanie w tym doświadczeniu sama. Dlatego od 25 lat wmawia się nam, że mamy milczeć o swoich doświadczeniach aborcji własnej i wspierania innych osób. Przepisy te i ich absurdalne rozumienie mają też na celu powstrzymanie nas przed działalnością, która mówi o rzeczywistości i powszechności aborcji.

My i wiele innych osób z doświadczeniem aborcji mamy dosyć tego zastraszania. Mamy wiedzę na temat tego, jak skonstruowana jest ustawa z 1993 i towarzyszące jej przepisy kodeksu karnego w zakresie nielegalnego “pomocnictwa” w aborcji. Wymienione w publikacji Ordo Iuris przykłady “najczęstszych” nielegalnych zachowań to wyłącznie interpretacja i opinia tej grupy. Doskonale wiemy, że działania Ordo Iuris i innych grup mają na celu zastraszenie i powstrzymanie nas i innych osób przed mówieniem o tym, jak wygląda aborcja. Tym oświadczeniem mówimy wyraźnie: nie boimy się, nie przestaniemy tego robić. Naszą działalność uważamy za konieczną, jest ona naszym moralnym obowiązkiem. Jesteśmy z niej dumne. I dlatego też tym oświadczeniem identyfikujemy się jako użytkowniczki portalu Facebook prowadzące stronę “Aborcyjny Dream Team on tour”.

Natalia Broniarczyk
Karolina Więckiewicz
Justyna Wydrzyńska

Copy of „Nie boimy się. Naszą działalność uważamy za konieczną i jesteśmy z niej dumne”. Ordo Iuris skarży Aborcyjny Dream Team

Oświadczenie grupy Aborcyjny Dream Team On Tour

Od kilku dni obserwujemy próby zastraszenia nas i powstrzymania naszej działalności. Przejawem tych prób jest na przykład zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożone przez Instytut Ordo Iuris, czyli grupę fanatycznych przeciwników aborcji, odpowiedzialnych między innymi za projekt “Stop aborcji” z 2016 roku.

fot. Agata Kubis

Zawiadomienie dotyczy publikacji na naszej stronie na facebooku, w którym opisywałyśmy, w jaki sposób można przygotować się do aborcji farmakologicznej w domu. Była ona związana z tym, o czym mówimy od dawna – aborcje w domu się dzieją, codziennie dziesiątki osób przerywa ciążę tabletkami. My mamy wiedzę na temat tego, jak robić to bezpiecznie i uważamy za swój obowiązek dzielenie się tą wiedzą. Wmawianie nam i opinii publicznej, że jest to przestępstwo “pomagania kobiecie ciężarnej w przerwaniu ciąży wbrew przepisom ustawy” jest absurdalne. Wiemy jednak doskonale, skąd się bierze.

Zakaz aborcji, w tym zagrożenie odpowiedzialnością karną, mają na celu zastraszenie wszystkich osób, które mogą towarzyszyć kobiecie w doświadczeniu przerwania ciąży i sprawienie, że zostanie w tym doświadczeniu sama. Dlatego od 25 lat wmawia się nam, że mamy milczeć o swoich doświadczeniach aborcji własnej i wspierania innych osób. Przepisy te i ich absurdalne rozumienie mają też na celu powstrzymanie nas przed działalnością, która mówi o rzeczywistości i powszechności aborcji.

My i wiele innych osób z doświadczeniem aborcji mamy dosyć tego zastraszania. Mamy wiedzę na temat tego, jak skonstruowana jest ustawa z 1993 i towarzyszące jej przepisy kodeksu karnego w zakresie nielegalnego “pomocnictwa” w aborcji. Wymienione w publikacji Ordo Iuris przykłady “najczęstszych” nielegalnych zachowań to wyłącznie interpretacja i opinia tej grupy. Doskonale wiemy, że działania Ordo Iuris i innych grup mają na celu zastraszenie i powstrzymanie nas i innych osób przed mówieniem o tym, jak wygląda aborcja. Tym oświadczeniem mówimy wyraźnie: nie boimy się, nie przestaniemy tego robić. Naszą działalność uważamy za konieczną, jest ona naszym moralnym obowiązkiem. Jesteśmy z niej dumne. I dlatego też tym oświadczeniem identyfikujemy się jako użytkowniczki portalu Facebook prowadzące stronę “Aborcyjny Dream Team on tour”.

Natalia Broniarczyk
Karolina Więckiewicz
Justyna Wydrzyńska

Nieodrobione lekcje z edukacji antyprzemocowej

Rafał Majka

Odnośnie do reakcji niektórych aktywistów i aktywistek LGBT na oświadczenie Tomasza Sikory pt. „Do Organizatorów Queerowego Maja ws. przemocy w krakowskim klubie Cocon i w środowisku LGBTQ”.

W poniższym tekście chciałbym poruszyć dwa wątki, które pojawiły się w przestrzeni społecznościowej po opublikowaniu na Codzienniku Feministycznym przez mojego partnera, Tomasza Sikorę, oświadczenia „Do Organizatorów Queerowego Maja ws. przemocy w krakowskim klubie Cocon i w środowisku LGBTQ”. Pierwszym z nich jest kwestia momentu, w którym mój partner postanowił nagłośnić to, że został pobity w Coconie przez ochroniarzy; drugim, co jest dla mnie szczególnie szokujące i przygnębiające, dający się wyczuć w komentarzach internetowych aktywistów i aktywistek LGBT syndrom obwiniania ofiary przemocy o chęć storpedowania festiwalu.

Kiedy tylko dowiedzieliśmy się na fejsbuku, że tegoroczna impreza Queerowego Maja ma się odbyć w Coconie, Tomek siadł i napisał oświadczenie. Tak, niedawno zaczął planować napisanie tekstu aktywistyczno-publicystycznego na ten temat. Tak, zajęło mu to aż tyle czasu. Wbrew sugestiom internetowym, nie czekaliśmy złośliwie kilka miesięcy, aby storpedować festiwal i zaszkodzić organizatorom i organizatorkom.

Tak, pobicie miało miejsce 30 stycznia, ale nie było to zdarzenie, nad którym mój partner przeszedł lekko do porządku dziennego. Od około dwudziestu lat Tomek zajmuje się studiami i aktywizmem LGBT i queer w Polsce. Przez cały ten czas angażował się w szereg inicjatyw równościowych, wolnościowych i solidarnościowych na polach LGBT, queerowym, feministycznym i lewicowym i niejednokrotnie ponosił z tego powodu przykre konsekwencje.  Nie muszę chyba tłumaczyć osobom zajmującym się edukacją antyprzemocową, solidarnością wewnątrzśrodowiskową, studiami queer czy szeroko pojętym etycznym relacjonowaniem, jaki wpływ na mojego partnera miało to, jak został potraktowany przez klienta, managera, ochroniarzy, a w końcu właściciela klubu Cocon – a więc miejsca, które powinno być przestrzenią bezpieczną i bardzo wrażliwą na jakąkolwiek przemoc.

Pod tekstem oświadczenia i w innych miejscach pojawiły się zarzuty, że Tomek „atakuje” Queerowy Maj, a nie Cocon, że czyni organizatorów i organizatorki „współwinnymi”, że brakuje mu „solidarności wewnątrzśrodowiskowej” i „wylewa swoje żale za pośrednictwem CF”. Jeden ze współorganizatorów czuje się skrzywdzony „niesprawiedliwością oświadczenia” mojego partnera, odbiera tekst jako oskarżenie o „popieranie przemocy i agresji”, czuje się „przegrany” i „złamany” oraz że „nieważne, co zrobi, zawsze znajdzie się ktoś, kogo to nie zadowoli”.

Przyznam, że jestem zaszokowany sposobem, w jaki został odebrany przygnębiający tekst mojego partnera dotyczący traumatycznego dla niego doświadczenia; tekst skłaniający do etycznej refleksji i być może szybkich, trudnych decyzji. Zamiast empatii i zastanowienia się, co z problemem przemocy zrobić – złość względem Tomka, że upublicznił to w niewłaściwym momencie; zamiast nastawienia na sprawne rozwiązywanie konfliktów społecznych i organizowanie „czystych” przestrzeni – fiksacja na swoim i tak już dużym aktywistycznym ego, które poczuło się urażone, bo ofiara przemocy postanowiła poinformować o fakcie przemocy w czasie niewłaściwym, sprawiając przez to problemy osobom, które przecież chciały dobrze i się starają.

Zatem, zamiast osób pracujących w klubie Cocon, w którym impreza się jednak odbędzie, na miejscu agresora stawia się mojego partnera, Tomasza Sikorę, ofiarę przemocy, i obwinia się go – i robią to na dodatek aktywiści i aktywistki LGBT – o postawienie Queerowego Maja w dwuznacznej sytuacji. Wydaje mi się, że szkolenie z edukacji antyprzemocowej przydałoby się nie tylko obsłudze polskich klubów LGBT, ale również wielu aktywistom i aktywistkom na rzecz tej społeczności. Baty, jakie obrywa na portalach społecznościowych mój partner, są niewspółmierne do tego, co się pisze odnośnie do osób z klubu Cocon, o zachowaniu których wypowiedział się mój partner w oświadczeniu.

Moje zdanie jest bardziej radykalne aniżeli Tomka, który jest w stanie zrozumieć kłopoty organizatorek i organizatorów, jakie wiązałyby się z odwołaniem imprezy w Coconie na kilka dni przed. Z oświadczenia kolektywu dowiaduję się, że imprezy w Coconie życzyła sobie część środowiska i osób uczestniczących, a z innego tekstu, że materiały zostały wydrukowane, a informacja poszła w świat. Wydaje mi się jednak, że idee stojące za hasłem „queer”, które eksploatuje się podczas festiwalu, a już w szczególności tegoroczne hasła równości i solidarności, powinny mieć pierwszeństwo przed wykonaną logistyką i ciśnieniem na tańce właśnie tam, w Coconie. Organizatorzy i organizatorki mieszkający w Krakowie piszą, że nie są stroną w konflikcie – jednak niestety podtrzymując decyzję o organizowaniu finalnej imprezy w klubie, w którym dochodzi do przemocowych sytuacji, a wiedza o tym, jak się okazuje, jest tajemnicą poliszynela w krakowskim środowisku (lektura komentarzy na profilu fejsbukowym, podpytanie znajomych itp.), legitymizują pod queerową zabawę przestrzeń, która bezpieczną i przyjazną dla wszystkich niestety nie jest.


Korekta: Grzech Stompor

Koledzy i koleżanki z Młodych Socjalistów – sygnatariuszki i sygnatariusze listu na portalu lewica

Z wielkim przygnębieniem patrzę na to, co się dzieje po upublicznieniu – moim zdaniem, nieprzemyślanego, skonstruowanego w bardzo niedbały sposób i operującego naprawdę szokującymi metaforami – listu na fejsbukowym profilu „Lewica”.

To, co powinno było nastąpić przed napisaniem tak ekstremalnego pod względem retorycznym listu, to szereg rozmów z kolektywem artystycznym, który, jak pisze Katarzyna Bratkowska, byłby otwarty na dyskusje – rozmowy mogły były podjąć wątek niestosowności wystawiania opery „Morze krwi” z pragmatyczno-politycznego punktu widzenia lewicy. Jeśli kolektyw nadal byłby skłonny wystawić tę operę, można było stanowczo się domagać, aby opatrzył ją krytycznym komentarzem, w którym wyjaśniłby, (1) dlaczego zdecydował się wystawić tę sztukę, która – jak piszecie w komentarzach, współcześnie została wprzęgnięta w machinę propagandową totalitarnego, zbrodniczego reżimu północnokoreańskiego; (2) jaki efekt chce uzyskać za pomocą takiego przedstawienia, itp. itd. Jedna rozmowa towarzyszki z Zielonych to zdecydowanie za mało. A powoływanie się na nią – na jedną rozmowę, rozmowę, która miała być rozmową „rozstrzygającą” – jest, według mnie, kiepską próbą legitymizowania swojego stanowiska. Stanowiska, którego rezultatem jest i będzie szeroka (nieograniczona tylko do społeczności lewicowych) nagonka społeczna na osoby zaangażowane w wystawienie opery, ponieważ kolektyw ten został w liście na „Lewicy”, który podpisałyście i podpisaliście, oskarżony o „współpracę z północnokoreańską bezpieką” i przypisuje mu się – co robi Ola Bilewicz w swoim tekście na Nowych Peryferiach bezkrytyczną „legitymizację . . . zbrodniczego, totalitarnego reżimu”.

Przykre, że środowisko lewicowe, które jest i było zaangażowane w wystawienie opery, zostało tak błyskawicznie zepchnięte na pozycję „bezkrytycznych ekstremistów”, od których należy za wszelką cenę się odciąć. Wydawało mi się, że wrażliwość lewicowa zakłada otwarcie na drugą osobę, a już w szczególności na współtowarzyszki i współtowarzyszy – aktywistki i aktywistów na lewicy; otwarcie, które niekoniecznie należy interpretować jako ślepą akceptację każdej decyzji i aktywności, ale właśnie jako ciekawość poznawczą, umiejętność słuchania i argumentowania, wypracowywanie tego trudnego bycia-razem w taki sposób, aby nie narażać osób, na których nam zależy, bo są naszymi współtowarzyszkami i współtowarzyszami z lewicy, na przemoc i szykany w świecie na zewnątrz. Fundamentem tego otwarcia na siebie nawzajem jest założenie, że nikt z nas, intelektualistek i intelektualistów, aktywistek i aktywistów, działających od tylu lat na lewicy nie jest „złym” czy „głupim” człowiekiem.

W wielu wątkach i wielu komentarzach na fejsbuku pojawiają się apele, aby już na zawsze zmarginalizować Katarzynę i jej środowisko, a jeden z Was pisze, że ludzie, którzy podpisali się pod „Protestem Przeciwko Atakowi na Adaptację MORZA KRWI”, to osoby, „którym ze względów towarzyskich nie przeszkadzają obozy koncentracyjne”. 

Dlaczego wychodzicie i podtrzymujcie z uporem maniaków założenie o tym, że współtowarzysze i współtowarzyszki z lewicy są „złymi” czy „głupimi” ludźmi?

Używanie przez Was w liście na „Lewicy” figur „zła” (zła osoba) i „głupoty” (głupia osoba, więc nie wie, że czyni zło) świadczy o czymś, co jest szokująco przygnębiające – a mianowicie o zupełnym braku zaufania i dobrej wiary względem współtowarzyszy i współtowarzyszek na lewicy. Zarazem, jako że osobą, w którą się najbardziej uderza w wielu komentarzach jest Katarzyna Bratkowska, jest to po prostu powtórzeniem jawnie mizoginicznego kulturowego dyskursu względem kobiet – „szalona kobieta”, „zła” albo „głupia”, a jak „głupia” to nie wie, że czyni zło. Metafora, którą uruchomił list na „Lewicy”, działa już w przestrzeni – stąd te apele o to, aby już na zawsze odciąć się od Bratkowskiej, bo, jakby pomyślał uniwersalny maskulinistyczny umysł – mężczyźnie wpadki się zdarzają, a kobieta jest już wpadką.

Co więcej, używanie w liście na „Lewicy” argumentu, że wystawianie przez Katarzynę, Floriana i członków oraz członkinie Rewolucyjnego Amatorskiego Frontu Operowego opery jest tożsame z wystawianiem nazistowskich, rasistowskich filmów propagandowych (tylko trzeba im to uświadomić, bo o tym nie wiedzą, ponieważ są albo „źli”, albo „głupi”) jest po prostu, delikatnie rzecz biorąc, czymś skandalicznym. I naprawdę zdaje się świadczyć o uparcie złej woli autorów i autorek listu.

Katarzynę Bratkowską oskarża się o „usprawiedliwianie”, „ocieplanie” wizerunku Kimów i przypisuje się jej naiwną bezkrytyczność względem reżimu północnokoreańskiego. Jedni i jedne piszą i mówią o jej braku krytycznego podejścia, a ja bym powiedział – bazując na wielu jej fejsbukowych komentarzach, które przeczytałem, jak i na tekście „Od MORZA KRWI do morza łajna” – że Katarzyna myśli krytycznie bardzo intensywnie. Przeczytałem mnóstwo wątków i setki komentarzy i uważam, że oś sporu tkwi między, jeśli mogę to tak nazwać, lewicowym pragmatyzmem politycznym a właśnie tym metodycznym, konsekwentnym, krytycznym kwestionowaniem rzeczywistości, które bywa oskarżane o „relatywizm moralny”, i za które dostało się Kasi, że niby „usprawiedliwia”. Krytyczne myślenie, które Katarzyna metodycznie i konsekwentnie uprawia, jest nieustannym kwestionowaniem rzeczywistości, różnego rodzaju praktyk, instytucji, reżimów, w których jesteśmy instalowane i instalowani; kwestionowaniem wszystkiego, propagandy różnego rodzaju. 

Niektórzy i niektóre z Was powiedziałyby, że względem pewnych kwestii nie należy w przestrzeni publicznej uprawiać tak konsekwentnego krytycznego myślenia, jak na przykład względem współcześnie istniejących państw totalitarnych, które choć odwołują się do tradycji komunistycznych, z socjalizmem i komunizmem – tak jak my je pojmujemy, nie mają nic wspólnego. I że taka krytyczna praktyka intelektualna narazi się siłą rzeczy w przestrzeni publicznej na kontrowersje i opór. I tak dalej, i tym podobne. Ale ten wątek mógł był być jednym z wielu, które mogły były się pojawić podczas kolektywnej dyskusji na spokojnie, w otwartości, przy kawie czy piwie, przed tym listem ciężkiego kalibru na „Lewicy”. 

We współczesnej krytyce literackiej, inspirowanej studiami queer, są dwie strategie czytania tekstu – „czytanie paranoiczne” i „czytanie reparatywne”. Czytanie paranoiczne, które, co stwierdzam ze smutkiem, uprawiacie, koleżanki i koledzy z Młodych Socjalistów – sygnatariusze i sygnatariuszki listu na „Lewica” (ale również wiele innych osób na lewicy), operuje pewną z góry przyjętą ramą logiczną, wyłapując pasujące do swojej polityki komunikaty czy też interpretując komunikaty pod tę politykę. Stąd mamy „złych” czy „głupich” ludzi, którzy są święcie przekonani, że Korea Północna realizuje „feministyczną politykę”; że życie w Korei Północnej nie odbiega od życia w Stanach Zjednoczonych; że kapitalistyczny reżim południowokoreański nie rożni się od totalitarnego reżimu północnokoreańskiego; że obozy koncentracyjne to wymysł propagandy amerykańskiej itp. 

Czytaliśmy i czytałyśmy praktycznie te same komentarze i na pewno ten sam tekst, ale ja nie uprawiam czytania paranoicznego.

Nie podpisałem „Protestu Przeciwko Atakowi na Adaptację MORZA KRWI”, choć solidaryzuję się z Katarzyną, Florianem i kolektywem, a zarazem uważam, że fotka z oficjelami ambasady północnokoreańskiej i ich obecność na próbie opery były dalece niefortunnymi zdarzeniami. Jestem jednak pewien, że doszło do tego nie dlatego, że Katarzyna, Florian i kolektyw są „źli” czy „głupi”. Was z kolei znam wiele lat i nie wierzę, że „celowo posłużyliście (i posłużyłyście) się kłamstwem” i że cechuje Was „cynizm partyjny”. Myślę, że zawinił tutaj brak intensywniejszej refleksji, niezrozumiała dla mnie zła wola i niewystarczająca chęć otwartości. Krytyka powinna być konstruktywna, a nie tworzyć i pogłębiać podziały na lewicy. Miejscem tej krytyki powinna była się stać sala z krzesłami, na których wszyscy i wszystkie zainteresowane by usiadły – do rozmowy. Formą tej krytyki powinien był być szereg rozmów, a nie taki ekstremistyczny list na fejsbukowym fanpage’u „Lewica”.

Nie demonizujmy, proszę, siebie nawzajem.

Zamknięta i otwarta lewica

Po tym, jak Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł Piotra Szumlewicza pt. „Poliamoria, czyli socjalizm”, w którym wskazuje on, że poliamoria może mieć egalitaryzujący i demokratyzujący wymiar, jak również pokazuje, posługując się przykładem polityki społecznej w państwach skandynawskich, jak równościowe przekształcenia materialno-kulturowe wpływają na multiplikację i urównorzędnianie społecznych form budowania relacji i związków – na portalach społecznościowych między osobami, które identyfikują się jako lewicowe albo radykalnie lewicowe, przetoczyły się dosyć żarliwe dyskusje; w których bardzo często pojawiała się negatywna (nie konstruktywna) krytyka samej poliamorii czy krytyka włączania instytucji poliamorii do agendy lewicowego projektu czynienia świata coraz bardziej egalitarnym i demokratycznym.

Lewicowość, według mnie, nie zamyka się w imaginarium wypracowanym przez klasyczne czy ortodoksyjne nurty socjalistyczne. Rzeczywistość społeczno-kulturowa ulega nieprzerwanym przeobrażeniom (w krótszym i/ lub dłuższym okresie), powstają coraz to nowe ruchy społeczne, otwierają się coraz bardziej różnorodne przestrzenie kontestacji kulturowej i ekonomicznej. Imaginarium lewicowe nie może być raz na zawsze domknięte, zapieczętowane i forsowane ku przyszłości jako szczelny, rozpisany na „ostateczne” instytucje i praktyki program.

Zainteresowanie lewicy poliamorią po prostu wynika z tego, że w lewicowym projekcie czynienia świata coraz bardziej demokratycznym i egalitarnym – przynajmniej tak, jak ja go rozumiem – chodzi o otwieranie różnego rodzaju horyzontów dla ludzi, tak aby każda_y mogła_mógł znaleźć dla siebie, pośród wielu dostępnych opcji (a nie zamkniętego „kodeksu”), sposób na dobre, wartościowe życie.

Poliamoria jest określeniem na emocjonalno-seksualne relacje innego typu aniżeli te „zastane”, dominujące, do których jesteśmy socjalizowane_i od urodzenia. Zadaniem lewicy, moim zdaniem, jest właśnie staranie się o to, abyśmy miały_eli do dyspozycji szereg równorzędnych opcji, w których mogłybyśmy_libyśmy się realizować. Nie chodzi o uczynienie z poliamorii „jedynej słusznej” opcji. Chodzi o wielość instytucji dobrego, wartościowego życia, a nie o przymus (czy to prawny, czy ten niepisany – kulturowo-społeczny) czy bycie skazaną_ym na jedną oficjalną opcję. Stąd poliamoria jest również projektem bardzo politycznym.

Na jednym z portali społecznościowych rozpocząłem wątek krytykujący negatywne pozycje, z jakich po publikacji tekstu Piotra Szumlewicza osoby, o których bym powiedział, że są albo lewicowe, albo radykalnie lewicowe, atakowały poliamorię. Argumenty negatywne, jakie się pojawiły, były różnorakie: od twierdzenia, że „do monogamii trzeba dojrzeć”, że „poliamoria jest przejawem konsumpcjonizmu” i że „otwarte związki i poliamoria są formą szału pustego posiadania”, poprzez konstatacje, że prywatne nie jest polityczne; że poliamoria jest współczesną bronią maskulinistycznego patriarchatu, który znalazł sposób na zintensyfikowanie przywileju heteroseksualnej męskości i jeszcze dalej idącą degradację kobiet; aż po apele do trzeźwego, socjalistycznego rozumu, że przecież najpierw trzeba znieść kapitalizm, a później inne reżimy – że jest przecież polityczna hierarchia aktywistyczna.

Ogólnie rzecz biorąc, to, co jest zajmujące z krytycznego punktu widzenia (choć niesamowicie przygnębiające politycznie), to to, że (negatywna, nie konstruktywna) lewicowa krytyka poliamorii dzieli z prawicowym dyskursem konserwatywnym jedną ramę logiczną. Osoby, które podnoszą kwestię poliamorii (jako otwierania różnych perspektyw, tak aby zmultiplikować instytucje dobrego i wartościowego życia), oskarżane są o to, że postulują, że poliamoria jest jedyną słuszną (albo żeby się stała jedyną słuszną) perspektywą i że wszystkie oraz wszyscy powinni w niej żyć. Przypomina to argumenty wymierzane w ruch LGBT, prawo do aborcji czy instytucję związku partnerskiego – kiedy tylko zalegalizuje się gejostwo, lesbijstwo, aborcję czy związki partnerskie itp., ludzie masowo rzucą się do bycia gejami, lesbijkami, będą się skrobać jak szalone i rozwodzić. Logika ta zakłada niejako, że jak się podnosi jakąś kwestię, to robi się to z zamiarem uczynienia z niej kolejnego „jedynie słusznego” normatywnego reżimu. 

Imaginaria są różne, choć rama logiczna pozostaje niestety ta sama – prawicowiec będzie uważał, że jeśli tylko wrócimy do tych „przeszłych, złotych czasów” autorytetu, porządku i zdrowej normalności, dziwactwa przeminą; konserwatywny lewicowiec pomyśli, że jak tylko obalimy kapitalizm, w odwrocie będą czy wręcz zanikną różnego rodzaju relacje, które biorą się z rozpasanego indywidualizmu kapitalistycznego i „szału pustego” kupowania przyjemności seksualnych, i – jak napisał pewien lewicowy radykał – „przypuszczalnie to właśnie prawdziwa monogamia, rozumiana jako łączenie się w pracy z sympatii i miłości będzie w socjalizmie dominującą formą relacji”.

Poliamoria nie jest workiem bez dna, do którego można wrzucić wszystkie relacje i związki, które wyłamują się z monogamicznego szablonu. Zakłada ona świadomość polityczną tej praktyki interpersonalnej i instytucji politycznej – szacunek, współodpowiedzialność, zaufanie i szczerość względem osób, z którymi wchodzi się w relacje. Bardziej obrazowo: z instytucją poliamorii jest tak samo, jak z instytucją gejostwa – nie każdy mężczyzna uprawiający seks z innymi mężczyznami jest „gejem”, funkcjonuje przecież kategoria „mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami”, czyli MSM. Gejem nie nazwiemy mężczyznę ze starożytnej Grecji albo sprzed czterystu lat, czy nawet z początku ubiegłego stulecia; czy z innej kultury, gdzie funkcjonuje odmienna organizacja społeczno-seksualna (zob. np. badania Gilberta H. Herdta nad plemionami na terenie Sambii w Papui Nowej-Gwinei). Poliamorystą nie jest mężczyzna, który tak twierdzi, a jednocześnie, kryjąc się, przemocowo (bez wcześniejszego uzgodnienia takiego typu relacji) spotyka się w celach seksualnych z innymi kobietami, które o sobie nawzajem nie wiedzą.

Problem być może wiąże się z kulturowymi uwarunkowaniami wyobraźni społeczno-politycznej: jest kłopot z myśleniem „poziomym”, czyli takim, które otwiera różne horyzonty, multiplikuje krajobraz emocjonalno-seksualny. Dominuje myślenie „pionowe”, hierarchizujące, które zasadza się na reżimach i wpada w kolejne reżimy na zasadzie, że jak się podnosi jakąś kwestię, to konceptualizowana jest ona od razu jako kolejny reżim, któremu należy się poddać.

Myślę, że przyszłość nie należy do lewicy zamkniętej, zahibernowanej w narzędziach teoretycznych i rozwiązaniach instytucjonalnych rodem z minionych okresów materialno-historycznych i społeczno-kulturowych. Taka lewica bowiem tkwi w pułapce opisanej kiedyś przez Waltera Benjamina „lewicowej melancholii”, która wzdycha za konfiguracjami politycznymi, jakie już nie mogą się powtórzyć ze względu na prosty fakt, że kultura i społeczeństwa są w nieustannym ruchu.

Przyszłość należy do lewicy radykalnego otwarcia.